Archiwum

Bez tytułu

 

Zwyczajowo smutnemu i przygnębiającemu Śląskowi, z trzydniową żałobą jakby bardzo do twarzy. Chamstwo, frustracje czy poczucie beznadziei, zastąpił żal, smutek i wyciszenie (o ile można mówić o wyciszeniu w 4 milionowej aglomeracji) w refleksji po tym co wszyscy przecież widzieli, i o czym dokładnie zdążyli pogadać przez weekend. Jakby w pragnieniu oczyszczenia sumienia, wiele-mogący wysłali dziś kogo tylko się dało do zrzucania śniegu z dachów, a na drogach kursowało więcej pługów śnieżnych i koparek niż wcześniej w ciągu całego miesiąca. Z okien saloników prasowych biją po oczach zdjęcia poszkodowanych i patetyczne tytuły o skali tragedii, ale tym razem brukowce chyba się nie wstrzeliły, bo tak naprawdę nikt już nie chce tu o tym słyszeć. Nieomal sadystyczne wyliczanie kolejnych trupów, i podkreślanie dramatycznych rozmów telefonicznych spod gruzowisk, budzi bardziej wstręt i obrzydzenie do opisujących niż wstrząs czy poczucie empatii mający zwiększać sprzedaż periodyków. Wszystko jest jakby spokojniejsze, bardziej dostojne i refleksyjne zarazem. Znajomy mówi, że podobną atmosferę dało się tu odczuć kiedy zmarł Papież, przez co znowu się dokonuje to swoiste, zbiorowe katharsis. Nikt nikomu nie musi niczego powtarzać, każdy wszystko doskonale wie, i jest świadom tego, że inni też wiedzą. Dlatego tak szczerze i komfortowo, pozostawieni sam na sam ze swoimi myślami, sobie wszyscy dzisiaj pomilczeli, i również z tego powodu mogłem sobie uświadomić, jak szalenie płytką i nieadekwatną forma komunikacji bywają nawet najstaranniej dobierane słowa. Coś jest w tym kraju... 

 

Chuj tam Panie z Litwinami...

 

Powiedzmy, że jestem trochę nie na czasie jeżeli chodzi o młodzieżowe trendy. Być może moja zgredcza natura nie pozwala mi na zrozumienie głębszego sensu tkwiącego w Tokio Hotel, braciach Mroczek, esemesowych zabawach Vivy (taki np. hajsometr w dziedzinie porażającego infantylizmu jest klasą sam dla siebie) czy większości laureatów Telekamer, o których  pierwszy raz w zyciu słyszałem... no, ale Chuck Norris ?! Przecież to jakiś skansen ! Straszny kwas to najlżejsze określenie jaki przychodzi mi do głowy. Coś jak kraje byłego Bloku Wschodniego, do których pewne nowinki dochodza z kilkudekadowym opóźnieniem, a za 2 dolary można spędzić upojną noc w większości nocnych lokali. Ciekawe kurna perspektywy.  A jak rokuje młodzież ?! Ci na prawo z kompleksam hitlerjugen uprawiają seks z meblami, ci na lewo w tiszertach Che Guevary, powtarzają banały o nierówności społecznej i prawie do aborcji.  Są jeszcze konserwatywno-liberalne (chyba tylko w Polsce to zestawienie nie jest sprzecznie wewnętrznie) dzieciaki białych kołnieżyków, tyleż apolityczne co bezosobowe hordy bezrefleksyjnych kopiarek zachodnich trendów (które w Polskich warunkach zdają się być jeszcze bardziej kaykaturalne niż są w swojej oryginalnej postaci), czy wreszcie bezwzględna większość tych którym tak naprawde wszystko jedno, dla których szczytem marzeń jest dom,  samochód i wypłata oscylująca w okolicach średniej krajowej.  Smutnego obrazu dopełnia poczucie totalnej ignorancji, samozadowolenia i kompletnego braku poczucia prowincjonalności własnych przekonań. Czas umierać.

 

Wooden Jesus

Ważne Święto było wczoraj. Już po raz drugi w moim skromnym przybytku możecie uświadomić sobie istnienie NAJBARDZIEJ DEPRESYJNEGL DNIA RLKU. Jeżeli nie doznaliście wczoraj jakiegoś naprawdę poważnego załamania nerwowego, albo przynajmniej realistycznych myśli samobójczych to przepadło. Następna szansa dopiero w 2007, a mając na uwadze to jak bardzo stacza się ten najlepszy ze Światów, to mam poważne obawy, iż za rok to już nie będzie to samo. Wierni czytelnicy zapewne pamietają, ze przy tej samej okazji rok temu lobbowałem za zjazdem ku czci tego wszechobecnego tutaj stanu, ale mając na uwadzę, iż moje działania w tej sprawie są równie skuteczne jak Kaczyńscy pod koszem, to pozwalam przejąć inicjatywę komuś o potencjale Kobyego Bryanta, licząc na to, że moze za rok będę w stanie ufizycznić sobie, przynajmniej fragment czegoś (kogoś) co w jakiśtam sposób kształtuje mnie już od ponad 3 lat. Tak poza tym to humor raczej dobry, co tylko potwierdza moją wrodzoną nieumiejętność do właściwego świętowania z jakiejkolwiek okazji. O barowych perypetiach na razie cichosza, gdyż jak na złość w ten weekend było strasznie zwyczajnie, i jeśli nie licząc efektownej bójki z udziałem noży, ksatetów i innych metalowych gadżetów, to także podejrzanie spokojnie. Czuje, że robię to co lubię, ale wiem, że mogę robić rzeczy dużo większe, dlatego w poczuciu egzystencjalnego nienasycenia, oddam się poważnie opóźnionym przygotowaniom do sesji, która wg synoptyków może dać w dupę dużo dotkliwiej niż ta marna namiastka Syberii za oknem.

 

 

Punk goes pop.

Weekendowe stanie za barem sprawia, że proza życia dnia codziennego jest jeszcze mniej wdzięcznym tematem do zanurzania się w nią niż miało to miejsce kiedykolwiek wcześniej. Z tego też tytułu, na jakiś czas zmieniam format z buntowniczo-sarkastycznego opisu zjawisk społecznych (tudzież mego nędznego żywota) na lekkie, łatwe i przyjemne opowieści o alkoholizujących się rodakach. Nie odchodźcie od odbiorników...

Oh captain, my captain...

 

Poza wspomnianym w 2 ostatnich wpisach highlitem weekend upłynął mi pod znakiem lania w mordę trunków wysokoprocentowych w miejscach mniej lub bardziej publicznych, zarówno sobie jak i każdemu kto tylko dysponował odpowiednimi zasobami finansowymi. Pomimo jasno określonych zasad niektórzy starali się używać alternatywnych środków płatniczych. "Postaw mi piwo, a ja ci postawie coś innego”, było drugą niemoralną (jednakże dużo mniej efektowną by poświęcać jej osobny wpis) ofertą złożoną mojej uroczej osobie przez przedstawicielkę płci przeciwnej, która (wg przysłuchujących się starszych kolegów po fachu) reprezentowała również najstarszy zawód świata. Z propozycji nie skorzystałem (sory Dolores jestem zbyt młody i zbyt przystojny żeby za to płacić !!), ale i tak strach pomyśleć jak nisko mogę upaść, kiedy rodzicielka wyjedzie krawcowywać do Anglii, zostawiając pod moją opieką dobytek życia. Się żyje...